Hanabi
Przełom lipca i sierpnia, gdy kończy się gorąca i bardzo wilgotna pora deszczowa a zaczyna a zaczyna wilgotne i gorące lato, to w Japonii czas pokazów ogni sztucznych. Po japońsku nazywają się one hanabi (花火), co można przetłumaczyć jako «płonące albo ogniste kwiaty» (hana to «kwiat», a bi «ogień»). I – daję słowo – to są płonące kwiaty. Hanabi zaczynają się zwykle dość wcześnie, około wpół do ósmej, ale w Japonii, nawet latem, o tej porze jest już dostatecznie ciemno. Przez następnych sześćdziesiąt minut na niebie rozbłyskują tysiące sztucznych sztucznych ogni, różnych kolorów i kształtów. Wszystko starannie wyreżyserowane i zsynchronizowane, przerywane z rzadka komentarzem z ogromych głośników i brawami wielotysięcznej publiczności.
Pierwsze hanabi zobaczyłem przypadkiem, zgarnięty przez znajomych po polskiej Mszy w Yotsuya. Zdezorientowany przeciskałem się przez tłum na kolejnych coraz bardziej zatłoczonych stacjach kolejowych, by w końcu wmieszać się w giganyczny tłum obserwatorów, który wcześniej zajął całą dolinę rzeki Tomagawa. Dojazd, przebijanie się przez nieprzebrany tłum oglądających, długie minuty oczekiwania na możliwość ewakuacji (to najlepsze słowo, jakie w tym momencie przychodzi mi do głowy) z terenu pokazu, sprawiły, że nie doceniłem wtedy uroku i rozmiaru tego przedsięwzięcia. Po jakimś czasie przywykłem do tłumu, nauczyłem się poruszać bezkolizyjnie nawet w najbardziej zatłoczonych miejscach. Jeśli w czasie hanabi coś odwraca moją uwagę od zakwitających na niebie ognistych kwiatów, to cudnej urody młode Japonki w yukatach, czyli letnich kimonach. Ale o kimonach i Japonkach przy innej okazji.
I tak stałem się miłośnikiem (dzisiaj chyba mówi się już tylko fanem) hanabi. Oglądałem je w dolinie rzeki Tamagawa, Sumidagawa, Edogawa, z plaży w Hayama, za tydzień wybieram się na sztuczną wyspę Odaiba, by podziwać Tokyo Bay Hanabi Taikai (pokaz ogni sztucznych nad Zatoką Tokijską).
Piszę jednak o hanabi także z innego powodu. Hanabi jest okazją do koleżeńskiego spotkania na świeżym powietrzu. Na rozłożonych na ziemi plandekach siadają w kręgu rodziny i grupy przyjaciół. W oczekiwaniu na pokaz dyskutują zawzięcie, podjadają i popijają. Tak, popijają! Alkohol można kupić na miejscu. Przed rozpoczęciem pokazu nad rzeką Edogawa z mikrofonów usłyszałem gromkie kampai!, na zdrowie! I tu wracam myślami do Polski. Proszę to porównać z tym, co się dzieje na naszych stadionach? Przy każdym większym meczu czy koncercie trzeba u nas wprowadzać czasową prohibicję. A tu, po pokazie grzecznie zbieramy swoje śmieci, składamy plandekę i spokojnie, wytyczonymi scieżkami idziemy w strone stacji kolejowej, cierpliwie czekając przy wejściu. Jest oczywiście tłok, zgiełk, hałas. Nie może być zresztą inaczej, skroro w pokazach biorą udział setki tysięcy ludzi. Czy trzeba pisac więcej?









Dodaj komentarz