Mizuko
We wspomnianej wcześniej (zob. O stronie) książce Joanny Bator „Japoński wachlarz” znalazłem coś niesamowitego. Oto w świątyniach japońskich żyje i szerzy się kult mizuko, co dosłownie znaczy dziecko wody. Nazwa ta zrodziła się stąd, że w dawnych czasach ciężarna, która chciała pozbyć się dziecka, wchodziła do lodowatej wody i moczyła tak długo, aż poroniła (rozdz. Wodne Dzieci, s. 207-211). Okrutne i okropne! Kobiety, które to robiły odwiedzały potem dusze potraconych w ten sposób dzieci w świątyniach Mizuko. Zmieniła się aborcyjna technika, nie zniknęły dawne wierzenia.
Joannie Bator wierzyć za bardzo nie mogę w tej kwestii, bo sama stwierdza, że:
W tej dramatycznej wersji genezy mizuko może tkwić ziarno prawdy, ale nazwa obyczaju prawdopodobnie związana jest raczej z…
„Ziarno prawdy”, „prawdopodobnie”, „raczej”… za dużo niepewności w jednym zdaniu. Do tego jeszcze nonszalancja, gdy chodzi o szczegóły, jak chociażby nazywanie Jizō (czytaj dzizoo z miękkim dź, takim jak w wyrazie dziś) Iizō, czy wreszcie twierdzenie, że świątynie takie jak Hasedera w Kamakurze „poświęcone są przede wszystkim Wodnym Dzieciom”. Niech poprawiają szczegóły Ci, którzy znają Japonię lepiej.
Zastanowiło mnie, dlaczego w oficjalnie bezreligijnej Japonii (większość moich znajomych i studentów chodzi w Nowy Rok do świątyni, ale nie bardzo potrafi, czy też nie chce mi powiedzieć, w co naprawdę wierzy), rozwija się kult mizuko. Współczesne kobiety po skrobance nie mogą uwolnić się od koszmaru… a przecież oficjalnie są ateistkami… nie wierzą w inne życie niż tu i teraz. Nie wierzą? Cóż ja wiem o tym, w co wierzą Japończycy? Muszę poczytać więcej, popytać, porozmawiać ze znajomymi.
W dzieciństwie często słuchałem opowiadań babki o topielcach, duchach i strachach. Niektóre z tych historii pamiętam do dziś. Potrafiłbym nawet wskazać miejsca, gdzie straszyło. W tych opowiadanich babcia często mówiła o strachach w domu niezbyt od naszego odległym i o egzorcyzmach, odprawianych tam przez księdza. Nie tak dawno, gdy chciałem się od ojca dowiedzieć nieco o naszej wsi, zapytałem i o duchy w tamtej rodzinie.
– A, bo to tam dzieci potraciły, to i straszało. – odpowiedział.
Podzieliłem się wiadomością o Mizuko z moim lubelskim kolegą, Maćkiem N. W odpowiedzi dostałem informację o wierszu Cz. Miłosza pt. „Yokimura”, który zaczyna się od zdania:
Kiedyś w telewizji oglądałem cmentarz dzieci nie urodzonych, z małymi grobkami, na których, kobiety japońskie zapalają znicze i składają kwiaty.
Całego tekstu nie mogę tu, niestety, przytoczyć. Można go znaleźć w „Zeszytach literackich” (1996 nr 1).
W „Kwartalniku Artystycznym” (2005 nr 3 (47)) natomiast przedrukowano listy Miłosza do Krzysztofa Myszkowskiego, redaktora tego pisma. W liście z dnia 14 marca 1996 r. Miłosz tak tłumaczy sens swojego wiersza. Przytaczam początek, całość jest dostępna on-line (ile wersów mogę zacytować bez narażania się na sankcje z powodu narusznienia praw autorskich?):
W swoim liście Maciek N. pyta mnie na koniec:
Inna sprawa, niezwykle dla mnie zagadkowa, to fakt, że takie świątynie i cmentarze, powstały w „ateistycznej” Japonii, a nie w katolickich Włoszech czy Polsce.
W inny, powiedziałbym swiecki, sposób stawia to samo pytanie autorka “Japońskiego wachlarza”:
Dzięki rytuałowi mizuko-kuyō Michiko [informatorka Joanny Bator] może umieścić doświadczenie aborcji w historii swojego życia. Raz na jakiś czas ta nowoczesna dziewczyna jedzie do Kamakury do swojego Wodnego Dziecka. Tak jak inne kobiety przywozi ze sobą coś słodkiego albo maskotkę, jakis drobiazg, dzięki któremu jej nienarodzone dziecko przez chwilę staje się „córką”. Zastanawiałam się, czy kobiety w naszej kulturze mają podobną możliwość?
Wydaje się, że odpowiedź jest tylko jedna – nie mają i nie mogą mieć. A znajdziemy ją bez trudu, jeśli uważnie przeczytamy, co o mizuko napisano, wystarczy sięgnąć do popularnych książek o Japonii. Po urodzeniu dziecka wpisuje się jego imię na listę w lokalnej świątyni Shinto. Dziecko przestaje być bezimienne, staje się ujiko – dzieckiem nazwanym. Dzieci, które zmarły przed wpisaniem na listę, to dzieci wody, mizuko. Mogą one sprowadzić na ludzi nieszczęścia i kłopoty. Stąd mizuko jizō to sposób ich przebłagania, odsunięcia od rodziny nieszczęść.
Chrześcijaństwo, z którego wyrasta nasze europejskie widzenie i pojmowanie świata, może lepiej katolicyzm, bo innych wyznań chrzescijańskich nie znam prawie wcale – w swojej wersji oficjalnej – nie nakazuje bać się naszych przodków. Przypomina nam jedynie o nieuchronnej karze za grzechy. „Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze”. (Główne prawdy wiary) I dlatego, jeśli ktoś zabija bliźniego, to prosi Boga o przebaczenie. Chrześcijański (katolicki) odpowiednik mizuko nie jest więc – myślę – z tego powodu możliwy.
Dosyć topornie to napisałem. Będą uzupełnienia i zmiany.









Poprawka: kobiety w Japonii nie praktykują tego rytuału ze względu na “poczucie winy”, jak napisano w powyższym tekście. Polskie interpretacje wschodnich rytuałów są niestety zwykle pisane ze skatolicyziałymi założeniami.
ania powiedział 20-07-2007 @ 10:19
Jednostronne wyjaśnienie zjawiska “wodnych dzieci” jest krzywdzące dla kobiet. Nie tylko w drodze aborcji można stracić przedwcześnie dziecko, ale także na skutek poronień jak i obumarcia ciąży. Wówczas kult światynny opisany powyżej i istnienie miejsca, gdzie kobieta może pożegnać swoje dziecko i czcić jego krótką obecność w swoim życiu jest bardzo cennym zjawiskiem, który powoli implementuje się w polską tradycję (pomniki nienarodzonych dzieci).
Wyv powiedział 29-09-2008 @ 14:42