Grupizm

Książkę Doroty Hałasy „Życie codzienne w Tokio” chwalę w innym miejscu. Tu przywołuję ją jedynie z powodu rzeczownika grupizm, którym autorka nazywa dominację grupy nad jednostką w społeczeństwie japońskim. Słowo jako takie mi się nie podoba, pewnie przez skojarzenie z rasizmem, antysemityzmem czy seksizmem. Choć wśród rzeczowników na -izm są również nacechowane pozytywnie (np. indywidualizm), to w mojej głowie dominują te negatywne. Moja głowa, mój problem. Znam jeszcze inne modne izmy, ale te przywołane wcześniej z pewnością wystarczą, by poprawić statystykę odwiedzin tej strony. Zajmijmy się więc grupizmem samym.

Że w życiu Japończyka przynależność do grupy jest bardzo ważna, nie wątpię. Zwykle podkreśla się przy tym negatwne strony dominacji grupy nad jednostką, czasami – często w rozmowach miedzy cudzoziemcami w Tokio – jest to okazja od wskazania na wyższość Zachodu z jego indywidualizmem. A ja chcę tu napisać o pozytywnych stronach grupizmu.

Jesienią odbywają się w japońskich uniwersytetach juwenalia. Z tej okazji studenci II roku polonistyki Tokijskiego Uniwersytetu Języków Obcych (Tokyo Gaikokugo Daigaku) przygotowują przedstawienie w języku polskim. Obejrzałem dwa takie przedstawienia i obserwowałem przygotowania do nich. Najpierw moją uwagę zwrócił podział obowiązków. Studenci podzielili się pracą bardzo szczegółowo. Dla każdego chętnego znalazło się miejsce. Ci, którzy lepiej mówili po polsku, trafili na scenę, ci, którzy mają zdoloności plastyczne, przygotowali dekoracje. Każdy pełnił funkcję stosowną do swoich możliwości. Przestawienie trwało około 35 minut. Po przedstawieniu, nastąpiły podziękowania. I tu wielka niespodzianka. Wymieniono dokładnie wszystkich, z imienia i z nazwiska. Każdy dostał swoją porcję braw. W Europie, a może jeszcze bardziej w Ameryce, liczy się gwiazda. To gwiazda dominuje nad grupą. Tu liczy się zespół.

Uczestniczyłem kilka razy w kolacjach profesorów tego uniwersytetu albo w kolacjach ze studentami. Jedzenie lepsze lub gorsze w zależności od miejsca bądź okazji. Atmosfera czasami dość sztywna, zwykle jednak luźna i serdeczna. Często też każdy z gości musi choć raz publicznie zabrać głos, powiedzieć coś o sobie. Tu nie można przesiedzieć całego wieczoru na uboczu.

Gdy przed prawie miesiącem wchodziłem na Fuji, gdy zaczęło brakować mi sił, gdy w drodze powrotnej wlokłem się ledwo ledwo, prawie każdy, kto miał więcej sił i szedł szybciej, interesował się, czy aby ze mną było wszystko w porządku. Grupa starszych Japonek (czekam na list od nich) znalazła w polowie szczytu pielęgniarkę, żeby coś zrobić z moim kolanem a potem załatwiła miejsce w schronisku, o co nie jest łatwo, bo takich jak ja było wielu, a miejsca zarezerwowane wcześniej.

Nie przepadam za dominacją grupy. Lubię chodzić własnymi ścieżkami. Ale grupizm ma też swoje dobre strony, Dorochan.

~ - autor: Henryk Duda w dniu 16-09-2006.

Dodaj komentarz